Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookies w przeglądarce.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Zamknij X
Strona główna » Miasto i Gmina Wolbrom » Dawnych wspomnień czar » Maciej Przegonia. Z cyklu: Zdarzyło się wczoraj
Wyszukiwarka

Losowe zdjęcie

Tej nocy nie można było przespać - Małopolska Noc Naukowców 2014

Ankieta

Czy gmina powinna zbudować zatoki przystankowe przy przychodni na Skalskiej, kosztem miejsc parkingowych?
TAK, przystanki są niezbędne dla osób starszych i mniej sprawnych
 
209
NIE, przystanki nie będą należycie wykorzystane
 
182
Ankieta została zamknięta.

Znajdź nas

Śledź nasz profil na portalach społecznościowych

YouTube

Pogoda

Dawnych wspomnień czar

Poleć znajomemu
Twoja wiadomość (kliknij tutaj):

Maciej Przegonia. Z cyklu: Zdarzyło się wczoraj

©Maciej Przegonia

 

Z cyklu

 

ZDARZYŁO SIĘ WCZORAJ

 

Irek i Astrid

 

W roku 1942 w zbiegu dróg wyjazdowych z Wolbromia w kierunku Olkusza i Skały na rozległej i w miarę równej łące stała drewniana dwupiętrowa wieża z dużymi otworami okiennymi, do których na specjalnych drabinach z hakami wspinali się i ćwiczyli doskonaląc swój fach strażacy ochotnicy. Teren nie był ogrodzony, a sama łąka z biegiem czasu stała się miejscem wypasania kóz, ale również rozgrywania na niej piłkarskich meczów. To właśnie dla takich miejsc zostało wymyślone przez chłopaków słowo boisko sportowe, choć nie było na nim bramek i malowanych wapnem linii. „Spotykamy się przy wspinalni o piątej” oznaczało, że gramy w tym dniu mecz ze Starym Miastem. My, znaczy się drużyna nastolatków reprezentująca Nowe Miasto, dzielnicę Wolbromia, jak powszechnie mówiono „za przejazdem kolejowym”. W prawie niezmienny skład tej młodzieżowo-łąkowej piłkarskiej reprezentacji Nowego Miasta wchodzili: Staszek, bracia Dzidek i Heniek, Wacek, Rysiek, Beniek, Klakluś (ksywa) i ja. Stanowiliśmy zgraną paczkę kolegów wspierających się w trudnych sytuacjach: w szkole, na ulicy, w czasie bijatyk i podczas rozgrywek sportowych.

Umowną granicą między Starym a Nowym Miastem była ruchliwa linia kolejowa z przejazdem, budką dróżnika i szlabanami, przed którymi od około roku pełnił służbę Mocurek; zniemczony Ślązak, inwalida, osobnik znienawidzony przez mieszkańców, ale przede wszystkim przez chłopaków. Mocurek lekko utykał, nosił czarny mundur, czapkę niemieckiego kolejarza i był uzbrojony w długi karabin. Kiedy do przejazdu zbliżał się transport wojskowy, wcześniej opuszczał szlabany i wrzeszczał na ludzi, aby odsunęli się od torów o co najmniej dwadzieścia a nawet więcej metrów, potem prostował plecy, ustawiał się w pozycji na baczność i podnosił na wysokość oczu trzymaną w ręce chorągiewkę. Drażnił nas ten jego wyuczony pruski dryl. Przy jakiejś okazji w rozmowie z chłopakami zapadło postanowienie, że wyrwiemy mu z ręki tę chorągiewkę i wrzucimy pod nadjeżdżającą lokomotywę, ale nikt nie wiedział jak to zrobić. Linia kolejowa ze Śląska w kierunku Tunelu, Miechowa i dalej na wschód od półtora roku była znacznie przeciążona przejeżdżającymi co kilka minut transportami wojskowymi z jadącymi na front żołnierzami i sprzętem. Tymi samymi torami, choć najczęściej w nocy, wracały ze wschodu sanitarne pociągi w rannymi. Mocurek, prawdopodobnie Mazurek, znał język polski, ale nie chciał rozmawiać i dość głośne, uszczypliwe uwagi pod swoim adresem kwitował przekleństwami, kopniakami a nawet groził użyciem karabinu. Szczególnie nienawidził nas, nastolatków, którzy robiąc „na złość szwabskiemu kuternodze”, w ostatniej chwili przechodzili pod opuszczonymi już szlabanami, przebiegali przed stojącym na baczność strażnikiem i przeskakiwali przez tory tuż przed nadjeżdżającą lokomotywą. Stary wściekał się, ale nie mógł użyć karabinu, bo od uciekającego ile sił w nogach chłopaka odgradzały go przejeżdżające wagony. Zniemczony Ślązak nazywał nas „brudnymi, małymi polskimi świniami”. Obraźliwe słowa bolały i powodowały chęć zemsty. Przebieganie przez tory przed nadjeżdżającą lokomotywą były głupimi i szczeniackimi pomysłami, ale chłopcy robili wszystko, żeby starego wyprowadzić z równowagi. Nienawiść była obopólna choć z siłową przewagą Mocurka, bo kuternoga trzymał w rękach karabin, z którego mógł w każdej chwili wystrzelić. Zdarzyło się, że kilka kopniaków i mocne uderzenie pięścią między oczy odebrał Irek, kolega i najlepszy piłkarz drużyny Starego Miasta, choć winny nie był, bo zagapił się i w porę nie uciekł: kuternoga wyładował na nim wściekłość, a nawet przystawił do głowy lufę Mausera. Irek, ładny ciemnowłosy i jak na wiek trzynastolatka wyrośnięty chłopiec, (przerastał mnie o głowę), wrócił do domu poturbowany i z podbitym okiem. Wtedy nie wiedziałem, że najlepszy z nas „poprzysiągł zemstę germańskiemu plemieniu”. Nie przychodził pograć w nożną, zniknął nam z oczu na dwa tygodnie, w czasie kiedy niemieccy i ukraińscy oprawcy likwidowali wolbromskie getto. Irek nie był tubylcem i niewiele o mówił o sobie, choć zdradził mi w sekrecie, że rodzice na początku marca 1941 roku z ważnego powodu musieli opuścić Kraków i przenieść się – jak to ujął – do innego miasta. Ojciec Irka, zdaje się, pracował w fabryce gumy, matka zajmowała się domem. Irek był jedynakiem, świetnie grał w piłkę, znakomicie dryblował. Kiedy w gronie najbliższych kolegów opowiadał o gettcie, jego oczy robiły się ciemne a spojrzenie mroczne: zaciskał pięści, bo widok z okna jego pokoju pozwalał patrzeć na głodzonych, upodlonych i katowanych jego mieszkańców. Ze mną był bardziej otwarty: w czasie rozmowy kilka razy powtórzył imię Astrid. Imię Astrid ładnie brzmiało, ale wtedy nie przywiązywałem do słów takiej uwagi jak należało. Szkoda.

Sportowa rywalizacja między chłopcami ze Starego i Nowego Miasta rodziła się w czasie rozgrywek sportowych i choć nie raz dochodziło do wyzwisk a nawet bójek, to jednak w końcu zwyciężał rozsądek. Po meczu zawodnicy obu rywalizujących drużyn siadali przy ognisku, piekli ziemniaki, rozmawiali, zawiązywały się przyjaźnie. Z Irkiem, choć był ode mnie straszy o ponad dwa lata, szybko znalazłem wspólny język, bo spoiwem naszej przyjaźni była nie tylko piłka nożna, ale przede wszystkim książki. Obaj lubiliśmy czytać, wymieniać spostrzeżenia. Rodzice Irka mieszkali w najstarszej dzielnicy Wolbromia, w domku, w którym tylko frontowa ściana zbudowana była z białych wapiennych kamieni, pozostałe ściany ulepiono z gliny i obito deskami. Jednospadowy dach pokryty papą nie miał rynien, a wąskie drzwi wejściowe prowadziły do ciemnej sieni. Chałupka, stała blisko ulicy Lgockiej. Rodzina Irka wynajmowała jedno pomieszczenie na prawo od wejścia, po lewej mieszkał właściciel z żoną. Sławojka z wielkim i śmierdzącym dołem kloacznym opierała się o tylną ścianę chatki. Kuchnia, właściwie palenisko zbudowane z cegieł i gliny przykryte żeliwnymi blatem z okrągłymi przepalonymi fajerkami, zajmowało jeden róg pomieszczenia, na środku którego stał stół, dwa krzesła i taboret, wąskie drewniane łóżko przykryte kocem opierało się o ścianę. Irek spał na szerokiej ławie, w chłodne dni przystawianej do ciepłego boku pieca, latem przy drzwiach. Zimą pomieszczenie ogrzewał trociniak. Źródłem światła były lampa naftowa albo karbidówka. Warunki iście spartańskie. W latach wojny Wolbrom nie był skanalizowany. Po wodę chodziło się do odległej studni sąsiada albo publicznej pompy na środku Rynku. Dla Irka to była droga przez mękę. Napełniał dwa pełne wiadra, zawieszał je na nosidłach i zgięty w pasie jak scyzoryk z największym trudem wracał do domu. Dla wyrośniętego ponad normę i chudego jak tyczka trzynastolatka było to prawdziwe wyzwanie i stały obowiązek. W mieście nie najlepiej pachniało, unosił się niemiły dla nosa rynsztokowy fetorek. Każdego lata plagą były muchy i komary, których całe roje unosiły się nad bagnami. Wolbrom obejmowały klamrą dwa duże kompleksy leśne: od północnego zachodu las nazywany Czarnym Lasem, a od południowego zachodu Białym Lasem. Oba kompleksy leśne dzielił szeroki, ponad kilometrowy pas grząskiego bagna, z niego miejscowi wybierali „kotery”(torf), układali w niezbyt wysokie pryzmy dla wyschnięcia i które z biegiem czasu stały się wartościowym towarem wymiennym. Biały Las, dla nas, chłopaków z Nowego Miasta spełniał rolę drugiego domu, znaliśmy tam każde drzewo, biegaliśmy po tylko nam znanych ścieżkach, wiedzieliśmy w której dziupli uwiła gniazdo brązowa wiewiórka, a jakie miejsca najczęściej i najchętniej odwiedzały zakochane pary. Nic nie ukryło się przed ciekawskimi oczami chłopaków. Byliśmy najlepiej poinformowaną instytucja w mieście. Wiadomości rozchodziły się lotem błyskawicy.

W Białym Lesie, w głębokim jarze drogi prowadzącej do Poręby i w dolince nazywanej Kabaniną w końcu września, już po likwidacji getta, Niemcy rozstrzelali setki Żydów. Trzecim miejscem kaźni był otoczony białym kamiennym murem stary kirkut. Z jaru zwłoki przewożone były konnymi podwodami do dolinki Kabaniny i wrzucane tam do wykopanych dołów.

To był koniec września a może początek października 1942 roku. Od likwidacji getta minęło dwa, może trzy tygodnie. Tamtego roku jesień przyszła wcześniej: rozpadały się deszcze, nad bagnem unosiła się mgła, co było nieomylnym sygnałem, że słońce nieprędko wyjrzy zza grubej powłoki chmur. Pierwsze przymrozki przyszły natychmiast po ustąpieniu opadów i mgieł. Popołudniem któregoś takiego mglistego dnia wywołał mnie z domu Irek. Wyglądał mizernie: miał podkrążone oczy, niespokojnie poruszał głową, lekko drżały mu ręce. Kiedy powiedział „cześć”, cień przemknął przez jego twarz.

- Musimy pogadać – powiedział cicho. Plecy miał mocno pochylone, jakby dźwigał na nich znaczny ciężar.

- Stało się coś? – zapytałem.

- Nie tutaj – usłyszałem krótką odpowiedź.

Wyszliśmy na podwórko i usiedli na belce obok psiej budy. Irek pogłaskał Szatana po łbie i długo milczał.

- Czy mogę ci zaufać? – zapytał raptem. – Bo, to o czym usłyszysz, grozi postawieniem pod ścianą. Przysięgnij, że nie zdradzisz.

Przysiągłem.

- A teraz mów. Co się stało?

- Dla mnie wszystko. Jak wiesz niemiecka żandarmeria i Ukraińcy zlikwidowali wolbr omskie getto. Przełknął ślinę i opuścił oczy. - Zabrali i wywieźli w niewiadomym kierunku Astrid i jej matkę. Poszły na śmierć. Wszystko widziałem przez okno. Astrid miała na sobie paltocik z futrzanym kołnierzykiem i brązową chustkę na głowie. Niosła w prawej ręce zawiniątko przewiązane sznurkiem, a jej mama, pani Golda plecak. Trzymały się za ręce. Astrid płakała. Nie zapomnę tych łez. Cały dzień warowałem w pobliżu bocznicy kolejowej przy dworcu, słyszałem krzyki i płacz dzieci, ale Astrid już nie zobaczyłem. Zapamiętałem tamten obraz, dlatego nie daruję: muszę się zemścić. Zabiję Mocurka albo ukraińskiego żandarma. Nie ustąpię. Mam opracowany plan. Czy zechcesz mi pomóc?

Byłem poruszony ale i przerażony opowiedzianą sytuacją.

- Chyba zgłupiałeś, nie masz broni, w jaki sposób chcesz to zrobić? Zemstę pozostaw starszym. Złapią cię i zastrzelą. Kim jest Astrid?

- I co z tego? Już postanowiłem. Astrid - podniósł wzrok i znów przełknął ślinę - była... jest żydowską dziewczynką, z którą się przyjaźniłem. Pożyczałem jej twoje książki. Ty niczego nie zrozumiesz. Ona była... jest wspaniała, bardzo mądra i taka... ładna, z włosów ruda blondynka. Przyjechała z matką ze Śląska, z okolic Sosnowca a może Czeladzi. Przez prawie pół roku kradłem dla niej i jej matki żywność z targowiska, podbierałem ziemniaki i karpiele z okolicznych pól, mieliłem zboże na żarnach, a potem zanosiłem do getta, inaczej umarłyby z głodu. Nawet twoja mama dawała mi pomidory, ziemniaki, buraki i marchew. Pani Golda, matka Astrid była nauczycielką muzyki, udzielała lekcji gry na fortepianie. Irek spojrzał na mnie, pociągnął nosem i zamilkł na chwilę. – Poszedłem do spowiedzi i wszystko księdzu wyznałem. Ksiądz najpierw zbeształ mnie, potem rozgrzeszył, na koniec kazał przyjść na plebanię i tam dał dla Astrid torebkę cukru, kawałek słoniny, pięć jajek i „górala”. Wszystko jej zaniosłem. Nigdy nie zapomnę tamtego dnia. Astrid płakała cicho, łzy spływały po jej policzkach.

- Chodziłeś do getta? Nie bałeś się?

- Bałem, ale co z tego. Musiałem uważać, najgorsi byli żydowscy strażnicy, a od ukraińskiego żandarma oberwałem po gębie, kopnął mnie w tyłek i pogroził, że drugim razem zastrzeli. No więc? – popatrzył w moją twarz. – Pomożesz?

- Jak to chcesz zrobić? - kolejny raz uchyliłem się od odpowiedzi.

- Rozwalę kuternodze głowę kamieniem albo metalowym prętem. Zrobię to późnym wieczorem, może w nocy, jak będzie przejeżdżał transport z węglem. Nikt nie zauważy, potem położę starego na szynach z karabinem i tą jego chorągiewką, ale żeby to zrobić, muszę mieć obstawę, bo w razie niebezpieczeństwa ktoś drugi musi odwrócić ode mnie uwagę. Pojąłeś? Zamyślił się i potarł ręką czoło. Po chwili kontynuował. - Od ponad dziesięciu dni zaraz po zapadnięciu zmroku przez godzinę a nawet dłużej obserwuję Mocurka i jego budkę na przejeździe kolejowym. Wiem, jak się zachowuje i na co zwraca baczną uwagę.

- Przeprowadziłeś rozpoznanie?

- Musiałem założyć obserwację, bo zwiększa to bezpieczeństwo akcji i zawsze daje wyniki.

O kuternodze wiem prawie wszystko, o jego zachowaniach, zwyczajach i słabych stronach. Stary musi chorować na żołądek, bo często rzyga za budką, krztusi się, pluje, przeklina i bełkoce. Wtedy nie zabiera karabinu, ale zamyka budkę na klucz. Cholerny germaniec!

- Zapomniałeś, że za zabicie Niemca gestapowcy biorą zakładników, a potem ich rozstrzeliwują.

Irek zamyślił się.

- Przyrzekłem Astrid pomstę. Nie zrezygnuję.

- Mówiłeś o tym księdzu?

- Co ksiądz ma do tego? – obruszył się wyraźnie.

- Nie otrzymasz rozgrzeszenia.

- Aleś ty głupi. Niemcy mordują ludzi całymi tysiącami i nie martwią się o rozgrzeszenie. To jest wojna. Wiesz, co to jest Oświęcim? Boisz się? – spojrzał na mnie.

Skinąłem głową.

- Zabijesz, a wtedy Niemcy wezmą zakładników, a później ich rozstrzelają, również nasze rodziny, a z nimi ciebie i mnie.

Irek wyraźnie zasępił się.

- Muszę, dałem słowo sobie i Astrid. Jej w... myślach.

- Już wiem - podniosłem wyżej głowę. – Postraszymy starego, wybijemy mu szyby w budce.

- To znaczy kto? Ja z tobą? Jesteś za mały i masz za krótkie nogi. Kulka karabinu Mocurka dogoni cię w ułamku sekundy.

- Nie bądź taki pewny – wzruszyłem ramionami. - Moja mama zawsze powtarza, że nie wygrywa się nogami czy rękami tylko głową.

Irek zmarszczył brwi. Zamyślił się.

- Powiadasz, że gdybym zabił Mocurka, to Niemcy wezmą zakładników a potem ich zamordują. Możesz mieć rację. W takim razie, co robić?

- Po co od razu zabijać, wybijemy kuternodze szyby w budce i uciekniemy. Do kamienia przywiążemy kartkę z ostrzeżeniem.

Irek udał, że się waha.

- Przemyślę to, ale wypad zrobimy – podniósł głowę. - Z Mocurkiem mam do wyrównania kilka rachunków. Pierwszy i najważniejszy to... Astrid. Siedzi to we mnie jak ostry kolec. Nieważne, że oberwałem od starego padalca po twarzy. Jakoś to przeżyję, ale rachunki za Astrid on zapłaci pierwszy, potem ukraiński żandarm. Niemcom będę się odpłacał do końca wojny. Niech tylko dorosnę. Chwilę milczał, odwrócił wzrok, przysiągłbym, że miał wilgotne oczy. - Twój plan nie jest głupi, choć ma parę wad. Załóżmy, że kuternoga po ostrzeżeniu nie uspokoi się. Co wtedy? Dlatego muszę pogłówkować. Irek powiedział to poważnie, ale jego pewność siebie zaczęła wyraźnie słabnąć, nie podobało mu się, że młodszy kolega wygłasza swoje opinie, które on m u s i przyjąć.

Odetchnąłem, choć serce biło mi z szybkością karabinu maszynowego. Czułem w sobie wzbierające i potęgujące się podniecenie.

Irek wstał.

- Muszę wracać. Zapamiętaj, że przysiągłeś, chłopakom ani pary z ust, masz milczeć. Podniósł wzrok i przeczesał palcami włosy. - Spotkajmy się obok wspinalni o szóstej za trzy dni. Przegadamy nowy plan. Przyjdź sam. Cześć.

- Cześć. Przełknąłem ślinę i pomyślałem, że o szóstej będzie już ciemno.

Trzy dni dłużyły się nieskończenie. Znów zaczęło padać. Kilka minut przed osiemnastą. pobiegłem na spotkanie. Było zimno i ciemno, mgła zbierała się nad bagnami. Irek oparty o ścianę wieży szeptał z drugim chłopakiem.

- Poznajcie się, to jest Wacek – powiedział szybko. – Wie o wszystkim – dorzucił. – A on - wskazał na mnie – to Stefek z miechowskiej. Ma głowę na karku – pochwalił.

Zrozumiałem, że Irek zmienił nasze imiona i miejsca zamieszkania, biorąc pod uwagę względy bezpieczeństwa. Wacek był podobnego wzrostu jak Irek, ale znacznie tęższy i na pewno starszy. Miał ciemne, lekko kędzierzawe włosy. Wyglądałem przy nim jak nieopierzony kurczak. Nigdy nie spotkałem go na ulicy. Spojrzał na mnie i skrzywił usta w dziwnym uśmiechu.

- Taki konus, małolat, można cię przykryć liściem łopianu – skwitował ironicznie i skrzywił usta - Nie wyglądasz na partyzanta, raczej na krasnoludka. Wacek miał nienaturalnie gruby głos, wciąż niespokojnie poruszał ramionami, jakby coś go uwierało.

- W gębie możeś mocny, zobaczymy, co będzie później – odszczeknąłem głupio. Sam nie wiedziałem, co miało oznaczać to „później”. Nie spodobał mi się nowy kumpel Irka.

- Przestańcie – Irek podniósł głos. – Podajcie sobie ręce.

Ręka Wacka była chłodna a uścisk dłoni silny. Wyraźnie unikał mojego wzroku albo w dalszym ciągu mnie lekceważył.

Irek rozejrzał się, żeby sprawdzić, czy ktoś nie nadchodzi. Drżał mu lekko głos.

- Zaczynamy jutro. Spotykamy się o pół do ósmej przy opuszczonym domku Żyda Mendla. Mocurek rozpoczyna służbę o szóstej. Nie możemy wcześniej, bo ruch uliczny jeszcze znaczny, a musimy zdążyć przed godziną policyjną. Około ósmej mgła nadpływająca znad bagien powinna szczelnie otulić przejazd i tym samym utrudnić widoczność. Dałby Bóg, żeby jeszcze spadł deszcz. Bądzcie gotowi?

Wacek mruknął, kiwnął głową i energiczniej poruszył ramionami.

- Może być – skwitował krótko. Po krótkiej chwili dodał dziwne zdanie. – Mnie i tak i tak…

- Zgoda – pospieszyłem z odpowiedzią. – Tylko, co mam robić?

Irek spojrzał na mnie uważnie.

- Twoim zadaniem będzie odwrócenie uwagi Mocurka. Przebiegniesz przed nadjeżdżającą lokomotywą. Kuternoga nie użyje karabinu, bo rozdzieli was jadący pociąg i zanim wagony przetoczą się po szynach, znikniesz we mgle. W tym samym czasie Wacek i ja wykonamy pozostałą robotę. Przez kilka następnych dni korzystaj z innej drogi, unikaj przejazdu. Jest krótsza droga, pod mostkiem. To do jutra, tylko nie nawal. Wacek odwrócił się na pięcie i natychmiast zniknął we mgle. Irek odczekał dwie minuty i ruszył w tym samym kierunku.

Do tej pory nie przelatywałem przed nadjeżdżającą lokomotywą. Poza tym wiele będzie zależało od tego, z której strony nadjedzie pociąg, jeśli od Olkusza to wolniej, bo pod lekkie wzniesienie, jeśli z przeciwnego kierunku, mogę nie zdążyć... Myśli kłębiły się w głowie. To był ryzykowny plan. Wróciły słowa Irka: „Ubierzemy się na czarno i zasłonimy twarze. Znakiem, że zbliża się pociąg i sygnałem przystąpienia do akcji, będzie głos dzwonków zawieszonych na zewnętrznej ścianie budki strażnika. - Ty – spojrzał na mnie – niezauważenie dla Mocurka zbliżysz się do opuszczonych szlabanów i będziesz czekał na właściwy moment. Kuternoga nie może cię zobaczyć. Masz najłatwiej. I kolejna ważna sprawa. Złożyliście uroczystą przysięgę, że nie puścicie pary z ust. Nikomu ani słowa: ani rodzicom, tym bardziej kolegom. Pamiętajcie, że ściany mają uszy. Jeśli zdradzicie wszyscy pójdą do rozwałki. Szpicle są wszędzie, mogą być wśród najbliższych. Po wykonaniu zadania każdy osobno wraca do siebie. My dwaj – wycelował we mnie palec - spotkamy się jutro w lesie przy bagiennej studzience za młodnikiem naprzeciw domku dróżnika. Jeszcze o widoku, o czwartej po południu. Znasz to miejsce.

- Pewnie, że znam. Byłem tam ze sto razy.

Dreszcz przeleciał przez krzyże. Łatwo mówić. Miesiąc wcześniej zachorowałem na czerwonkę. Nie doszedłem jeszcze do pełni sił, po ostrej diecie byłem osłabiony.

- Przy studzience o czwartej – powtórzyłem.

Tamtego dnia sprzyjała nam pogoda. Późnym popołudniem znad bagien nadpłynęła mgła, a po osiemnastej spadł rzęsisty deszcz. Zrobiło się zimno. Idąc na miejsce zbiórki z daleka okrążyłem przejazd kolejowy.

Już tam byli. Wacek zmrużył oczy, wydawał się być spokojny a nawet obojętny. W prawej ręce trzymał zawiniątko: niewielki lniany woreczek, podobny do takiego, w jakim gospodynie przechowują kaszę. W środku musiał być kamień. Irek spojrzał na mnie.

- I co? – zapytał. Boisz się?

- W porządku.

Zapanowała chwila ciszy, po której Irek jeszcze raz przypomniał kolejność mających po sobie nastąpić zdarzeń. Nie mogłem opanować drżenia kolan.

- Idziemy. Ty pierwszy – rozkazał. – Jesteś mały, ukryjesz się za pniem kasztana obok krzyża. Uważaj na pompę. Nie pośliźnij się. Kiedy usłyszysz nadjeżdżający pociąg, zbliżysz się do szlabanu, ale w taki sposób, żeby nie zobaczył cię Mocurek. Kiedy lokomotywa będzie nie bliżej niż pięćdziesiąt metrów, musisz to ocenić słuchem, wtedy krzykniesz i przebiegniesz przez szyny na drugą stronę. Twoje zachowanie na chwilę odwróci uwagę kuternogi. Nie oglądaj się i nie zapomnij, że po tamtej stronie torów jest drugi opuszczony szlaban, inaczej walniesz w niego łbem i możesz nawet się zabić. Jest ciemno. Po przebiegnięciu torów ile sił w nogach uciekaj do domu, ale nie drogą tylko opłotkami. Ciąg dalszy pozostaw nam. Ruszaj. Jest dobrze, bo widoczność pogarsza się. Będziemy dwadzieścia metrów z tyłu i w razie czego... - nie dokończył.

Mgła gęstniała z każdą minutą. Zgodnie z poleceniem ubrałem się na czarno: czapkę nasunąłem głęboko na oczy, spodnie wsunąłem w skarpety, wcześniej zelówki butów na skórzanej podeszwie powlokłem gumą arabską, a następnie posyłałem piaskiem, co miało zapobiec ewentualnemu poślizgowi. Nauczyłem się tego sposobu z książek Antoniego Marczyńskiego.

Ostrożnie wyszedłem przed dom Mendla i zatrzymałem się, badając wzrokiem i słuchem najbliższe otoczenie. Było ciemno, gdzieś z tyłu usłyszałem krótkie szczekanie psa. Wchodząc na chodnik, potknąłem się o krawężnik. Z każdym krokiem czułem wzmagające się podniecenie, raczej strach, bo bicie mojego serca było chyba słychać na kilometr, ale wszystko, jak do tej pory, szło jak z płatka. Najtrudniejsza część zadania jeszcze mnie czekała. Do przejazdu brakowało około trzydziestu metrów, kiedy odezwały się dzwonki zwiastujące nadjeżdżający pociąg. Dobrnąłem do drzewa i stanąłem za jego pniem. Usłyszałem hałas otwieranych drzwi, potem krótki kaszel Mocurka, następnie charakterystyczny zgrzyt korby sygnalizujący opuszczanie szlabanów. Mgła osiadała na policzkach, zacząłem drżeć. Zrobiłem krok do przodu, oparłem ręce o pompę uważnie nadsłuchując. Świst lokomotywy i tarcie kół wagonów o szyny wyraźnie już było słychać: pociąg zbliżał się, ale z której strony, tego do końca nie byłem pewny. Gęsta mgła utrudniała rozpoznanie. Mocurek ponownie zaniósł się kaszlem. Nie miałem chwili do stracenia. Nabrałem głębiej powietrza i ruszyłem do pierwszej zapory. Schyliłem głowę przed szlabanem, spojrzałem w lewo i wtedy zobaczyłem dwa przyćmione punkty światła zbliżającej się z łoskotem lokomotywy. Pociąg był niebezpiecznie blisko. Krzyknąłem i rzuciłem się do przodu. Przeskoczyłem szyny... i wtedy kątem oka w ułamku sekundy zobaczyłem światła drugiego parowozu zbliżającego się z przeciwnego kierunku. W takiej sytuacji rodzi się pustka, uciekają myśli, zaczyna się działanie, którego w żaden sposób nie sposób opisać... Jadąca z dużą szybkością lokomotywa wytwarza przed sobą falę zagęszczonego powietrza, która działa jak pocisk, odrzucając na boki lżejsze od niej przedmioty. Taka sprężona fala pomieszana z gorącą parą i słodkim zapachem spalanego oleju uderzyła w moje plecy, potem jak piórko uniosła w górę i ze znaczną siłą odrzuciła w bok na mokry bruk. Sekundę później dwie sprzężone z sobą lokomotywy jadące z kierunku Olkusza i ciągnące odkryte lory pełne sprzętu wojskowego przejechały tuż obok moich stóp. Po raz drugi poczułem uderzenie gorącego powietrza. Oszołomiony i śmiertelnie przerażony leżałem nieruchomo, ziemia drżała, dwa pociągi jadące w przeciwnych kierunkach przetaczały się ze świstem i łoskotem. Wreszcie przejechały. Do dziś nie wiem, jak to się stało, ale jasność myślenia powróciła błyskawicznie. Nie przyszło mi do głowy, że mogłem odnieść jakieś obrażenia. Podniosłem się i kierowany bardziej instynktem niż wzrokiem, nie oglądając się za siebie, przebiegłem przez skrzyżowanie, potem obok muru „Rolnika” i obrzeżami rynku Nowego Miasta dobrnąłem do tylnej części naszego ogrodu. Stałem przed domem i ciężko oddychałem. Emocje nieco już opadły, ale długo nie mogłem pozbierać myśli. Piekła wewnętrzna strona prawej dłoni. Padając na bruk, przejechałem ręką po ostrym kamieniu. Otarcie lekko krwawiło. Nawet nie zauważyłem, jak stanął obok mnie Szatan. Merdał ogonem, dotykał kolan.

 

Następnego dnia nie poszedłem do szkoły, wymówiłem się bólem brzucha, co mogło być prawdą, choć nią nie było, ale wcześniej przechorowałem czerwonkę. Mama z troską patrzyła na mnie, choć zadała mi kilka pytań.

- Gdzie tak długo byłeś wczoraj wieczorem? Czy widziałeś, jak wygląda twoje ubranie.

- U Staszka, wracając pośliznąłem się. Przepraszam. Otarłem rękę.

- To mogę zrozumieć i wybaczyć, ale wróciłeś do domu tuż przed godziną policyjną, a takiego zachowania nie mogę tolerować. Wiesz czym to grozi? Jesteś nieletni i jak dostrzegam, również nieodpowiedzialny.

Przeprosiłem kolejny raz. Gdyby mama znała prawdę.

Do spotkania z Irkiem przy źródełku brakowało niewiele ponad godzinę, gdy jedna z sióstr przyniosła z miasta elektryzującą wiadomość, „że w nocy ktoś wybił szybę w budce Mocurka, a on sam, podobno, został ranny”.

Uważniej nadstawiłem uszu, ale pozostałe wiadomości były tylko niepotwierdzonymi przypuszczeniami.

- Mamusiu, wyjdę na chwilkę do Staszka, zapytam co było w szkole – starałem opanować bicie serca.

- Miałeś siedzieć w domu. Co z twoim brzuchem?

- Już w porządku.

- Dobrze, ale tylko na pół godziny, bo jeśli wiadomość jest prawdziwa, Niemcy zapewne wzmogą czujność. Nie zbliżaj się do przejazdu, omijaj go z daleka. Daję ci trzydzieści minut.

- Tak, mamusiu.

Irek już czekał, był wyraźnie poirytowany. Nawet nie podniósł wzroku, ale podał rękę, właściwie tylko koniuszki palców.

- Pół nocy przez ciebie nie spałem. Głupi chłopaku, czy nie widziałeś, że z przeciwnej strony nadjeżdża drugi pociąg? Zachowałeś się jak niedorosły gówniarz, mogłeś zginąć, choć... sprawiłeś się dość dobrze – jego głos złagodniał.

- Co z Mocurkiem? Opowiadaj.

- Ale tylko ogólnie, bo w razie wpadki możesz wygadać, choć... nie zawahałeś się i to się liczy. Westchnął i głębiej nabrał powietrza. - Kiedy przebiegałeś przez tory, Wacek niepostrzeżenie zbliżył się do Mocurka i stanął za jego plecami. Stary zajęty tobą, niczego nie zauważył, głośno przeklinał, wykonywał dziwne ruchy tułowiem. To były długie chwile napięcia. Kiedy przejechały oba składy, Wacek zrobił krok do przodu, przyłożył do pleców kuternogi metalową rurkę i powiedział po niemiecku: „ręce do góry, jestem uzbrojony, nie odwracaj się”. Mocurek natychmiast wykonał polecenie. Musisz wiedzieć, że Wacek chodził do niemieckiej szkoły.

- I?

- Nie ponaglaj - żachnął się. - Nie wszystko widziałem i spamiętałem. Była mgła i padał deszcz. Stałem w cieniu budki jakieś dwa, może trzy metry od nich. Wacek zdjął z ramion Mocurka karabin, wyrwał z ręki chorągiewkę, rozkazał staremu położyć się na mokrych kamieniach, zamknąć oczy, rozkraczyć nogi i wyciągnąć przed siebie ręce. Szwab bez szemrania wykonał rozkaz. Wtedy nastąpiły nerwowe chwile, bo od strony Olkuskiej usłyszeliśmy warkot zbliżającego się samochodu. Wacek stał nieruchomo, Mocurek leżał na mokrych kamieniach i kaszlał. Na szczęście auto pojechało na wprost w kierunku fabryki. Odetchnęliśmy. Mocurek znów zaczął kaszleć, wtedy Wacek powiedział, tym razem po polsku, że daje mu tydzień na opuszczenie Wolbromia, inaczej zostanie zastrzelony. Zrozumiałeś? – zapytał ostro. – Poza tym nie wolno ci, podły szwabie, zgłaszać na gestapo, że byli u ciebie partyzanci. Jak zameldujesz, umrzesz szybciej.

- Tak jest – wycharczał z trudem, bo usta miał przyciśnięte do ziemi. Wtedy Wacek skinął na mnie, podał karabin starego i polecił zanieść do budki, ale ja oparłem go tylko o ścianę, potem wszedłem do środka, strąciłem słuchawkę z widełek, wybiłem szybę i włożyłem drut między zębatki korby, której okrężny ruch opuszczał albo podnosił szlabany. Chwilę później zniknęliśmy w gęstniejącej mgle. Wacek ma dość gruby głos, udawał dorosłego mężczyznę. Jest odważny jak Winnetou, gdzie mi tam do niego. Nad ranem opuścił Wolbrom.

Nie wytrzymałem.

- Kim jest Wacek? To nie jego imię – zapytałem, choć nie spodziewałem się odpowiedzi.

Zapadła niezręczna cisza.

- Lepiej nie wiedzieć. Po co ci to?

- Nie wierzysz mi?

- Dość. Umówmy się za dwa tygodnie, wcześniej nie staraj się ze mną zobaczyć, a jak przypadkowo spotkamy się na ulicy, to udawaj, że mnie nie znasz. I ani pary z ust. Czekam, co zrobi Mocurek? Jak zameldował na gestapo, wtedy na miasto padnie strach, będą aresztowania, dlatego ani pary z gęby – powtórzył i położył palec na ustach. - Cześć.

- Cześć.

Wiadomość o odejściu Mocurka „z budki” lotem błyskawicy obiegła Wolbrom. Mieszkańcy odetchnęli, choć nikt nie łączył jego raptownego zniknięcia z czymś, co rzekomo zdarzyło się na przejeździe kolejowym. O wybitej szybie szybko zapomniano. Miesiąc później polski zastępca zawiadowcy stacji w Wolbromiu dowiedział się, że powodem tej niespodziewanej decyzji był „zły i systematycznie pogarszający się stan zdrowia strażnika kolejowego Mocurka”. Zniemczony Ślązak podobno wyjechał do Niemiec i ślad po nim zaginął. Udało się.

Jesień 42. roku była dżdżysta, znad bagien napływała zimna mgła, która otulała miasto białym welonem. Skończyły się rozgrywki piłkarskie, chłopcy pochowali się w domach. Silne mrozy przyszły już w połowie listopada, zaraz potem spadł śnieg. W szkole, co raz odwoływano lekcje, bo w klasach było niewiele cieplej niż na ulicy.

Wracałem od fryzjera, kiedy klepnięcie w ramię kazało mi spojrzeć za siebie. To był Irek.

- I co? - zapytał. – Udało się. Pomściłem Astrid, ale to nie wszystko. W jego oczach zapaliły się zimne ogniki. – Miałeś rację, nie należało go zabijać. Niech wolno zdycha, aż zakaszle się na śmierć.

Skinąłem głową i podniosłem wzrok. Irek był bez czapki. Jego czarne, kędzierzawe włosy przedzielał dość szeroki pasek czegoś białego. Biegł od czoła w stronę lewego ucha i tam niknął.

- Co to? – wskazałem ruchem głowy.

Odpowiedział obojętnie.

- Sam nie wiem, przyszło samo z siebie. Nie ma o czym mówić.

- Czy to jest kosmyk siwych włosów?

- I co z tego? – lekko podniósł głos. Rozejrzał się i dodał cicho. – Wiesz, dowiedziałem się z pewnych ust, że Astrid z matką zostały wywiezione do Bełżca. Rzuciłem szkołę i poszedłem do pracy. Kiedy zarobię na bilet, pojadę tam. To jest postanowione.

- Irek, czyś ty zwariował? Tam zabijają Żydów.

- Przestań, chyba nie zobaczymy się więcej. Byłeś fajnym chłopakiem. Cześć...

- Cześć!

 

 

E p i l o g

 

 

Wiosna 1943 roku.

 

Dochodziła dwunasta, dzień był pochmurny ale duszny. Przy takiej pogodzie brakuje ochoty do kopania piłki. Było nas pięciu, może sześciu. Usiedliśmy w cieniu wspinalni i wtedy jeden z nas spojrzał w stronę przejazdu, podniósł się i powiedział cicho.

- Jezusie, żandarm prowadzi żydowskiego chłopaka na rozwałkę.

Ludzie usuwali się z drogi. Zrobiło się przeraźliwie cicho. Umknęliśmy za boczną ścianę, gdzie była obluzowana deska. Pozioma, szeroka i dość długa szpara pozwalała na dobrą widoczność. Przodem szedł granatowy policjant uzbrojony w długi karabin, za nim średniego wzrostu, dość barczysty chłopak z opuszczoną głową, bez czapki, w rozpiętej marynarce, ze związanymi z tyłu rękami. Pochód zamykał niemiecki żandarm z blachą na piersiach, prawą rękę opierał na otwartej kaburze z pistoletem. Żandarm był średniego wzrostu, dość gruby i już na pierwszy rzut oka widać było, że droga pod górę sprawia mu spory kłopot. Zwalniał, ocierał pot z czoła, sapał. Przeszli przez skrzyżowanie i skierowali kroki w stronę ulicy Skalskiej, gdzie dwieście metrów dalej, po prawej stronie drogi, pod lasem, na lekkim zboczu, otoczony murem z białych wapiennych kamieni, był kirkut. Cmentarny mur od strony północnej został uszkodzony, miał szeroką wyrwę, przez którą można było bez trudu przejść. Za murem teren dość raptownie opadał aby po kolejnych pięćdziesięciu metrach łagodnie przejść w łąkę, na której stała wspinalnia i gdzie graliśmy w piłkę nożną. Dalej była ruchliwa droga prowadząca do Olkusza, za nią tory kolejowe, potem bagna, z których mieszkańcy i okoliczna ludność wybierali kotery.

Głos Heńka przerwał ciszę.

- Chłopaki, wiejemy. Jak wejdą w bramę kirkutu, szybko przebiegniemy na podwórko przy domu Staszka i tam ukryjemy się za płotem.

Tak zrobiliśmy. Płot był dość wysoki. Przykucnęliśmy za nim. Wszyscy zakryli uszy i zamknęli oczy. Strzał był sygnałem, że jeszcze jedno życie zostało bestialsko przerwane, ale mijały minuty i oprócz bicia własnych serc niczego nie słyszeliśmy. Wreszcie któryś z chłopaków nie wytrzymał napięcia, podniósł się, wychylił głowę ponad płot i spojrzał w stronę bliskiego cmentarza.

- I co?

Tamten odpowiedział natychmiast.

- Jezu, on uciekł Niemcom, przeleciał przez wyrwę w murze, przeskoczył dół po wybranym piasku i biegnie w stronę wspinalni. Chłopaki na ziemię...

Tym razem nie posłuchałem. Wewnętrzny głos rozkazał mi wstać. Moja głowa nie sięgała ponad płot, ale między jego szczeblami były duże prześwity, dlatego widziałem doskonale. Żydowski chłopiec biegł szybko, miał wolne ręce, będąc na wprost płotu, w biegu zrzucił z ramion marynarkę. Serce zabiło mocniej, bo coś znajomego dostrzegłem w jego ruchach. Uciekając przed śmiercią, odwrócił głowę w prawo i spojrzał w naszą stronę. Wtedy zobaczyłem jego twarz. To była twarz... Wacka albo bardzo podobnego do niego chłopaka. Oddalał się błyskawicznie, przeskoczył drogę, potem tory kolejowe i wleciał na bagna. Nie mogłem oderwać wzroku od tej sceny, ale wtedy jeden z kolegów podciął mi nogi i upadłem.

- Odstrzelą ci głowę. Spójrz przed siebie, granatowy policjant mierzy z karabinu, żandarm stoi za nim z pistoletem w ręce. Usłyszeliśmy strzał, wszystkie oczy skierowały się w prawo. Chłopiec biegł zygzakiem, ale widać było, że opuszczają go siły, albo okrążał coraz rozleglejsze okienka wody na bagnie. Drugi strzał również był niecelny, bo odległość między strzelającym policjantem i uciekającym chłopcem stale się powiększała. To już było ponad trzysta metrów. Wtedy stało się coś niespodziewanego, gruby żandarm wyrwał karabin z ręki policjanta, klęknął na jedno kolano i długo mierzył. Jego strzał był kompletnym pudłem. Pocisk musiał uderzyć w jedną z szyn, bo nad torem pokazał się obłoczek iskier. Tłusty, niemiecki, zielony grubas z rozpiętym kołnierzykiem wściekł się, zaczął wrzeszczeć na policjanta, potem podniósł karabin nad głowę i z rozmachem rzucił nim o ziemię. To był ostatni obraz, który zanotowały moje oczy. Wpadłem w jakąś czarną dziurę... obudziło mnie uderzenie w twarz i krótki śmiech jednego z kolegów. Otworzyłem oczy.

- Idź do swojej mamusi, niech ci wytrze łezki – powiedział ktoś z pogardą w głosie. – Aleś ty bojny – dobiegło z drugiej strony.

Wstałem, ale trzęsły mi się nogi. Musiałem być bardzo blady.

- Wcale nie, wy nic nie wiecie… – odpowiedziałem hardo. - Ale co z chłopakiem? Uciekł?

Zapadła cisza. „Wacek jest odważny jak sam Winnetou” – przybiegły słowa Irka.

 

Nigdy nie powiedziałem kolegom, że twarz uciekającego żydowskiego chłopca od goniącej go śmierci przypominała mi kogoś znajomego. Zresztą do dziś nie jestem pewny, czy to był Wacek. Nie wiem również, czy uratował życie. Nie pytałem, choć Wolbrom trząsł się od plotek szeptanych do ucha. Z późniejszych opowieści, a zdarzenie było powszechnie komentowane, można było dowiedzieć się, że na cmentarzu chłopak uratował życie, bo:

- niemieckiemu żandarmowi w momencie oddania strzału zaciął się pistolet,

- w ucieczce pomógł mu granatowy policjant,

- stojąc między oprawcami i już przygotowany na śmierć, patrząc na wyrwę w murze

dostrzegł swoją szansę, błyskawicznie poderwał się z kolan, natarł ciałem na żandarma,

przewrócił go i klucząc między macewami dopadł dziury, by za sekundę zniknąć

mordercom z oczu.

Jaka była prawda, wiedział tylko żydowski chłopiec (czy był nim Wacek?) i jego oprawcy. Żandarm i policjant podobno przyjechali z Miechowa. Rozeszła się wiadomość, że chłopca wyciągnęli z leśnej ziemianki. Ktoś musiał mu pomagać, sam by nie przeżył – dopowiadali dobrze poinformowani. Ktoś go musiał zdać - szeptali inni. Wieść niosła, że chłopak uratował się, przebiegł przez bagno, wleciał do Czarnego Lasu i tam ukrył się, wojnę przeżył, a po jej zakończeniu z grupą Żydów opuścił Polskę. Nie wiem czy po 45 roku w tej dość głośnej sprawie zostało wszczęte jakieś dochodzenie. Irek z rodzicami opuścił miasto zimą 43 roku, podobno wyjechali na Podhale. Nie poznałem jego dalszych losów. Moi rodzice opuścili Wolbrom latem 1945 roku.

Oceń nasze strony

Aktualna ocena: 5 (Ocen: 2)

Wydarzenia

Kategoria

Dodaj wydarzenie

Dyżurna apteka

Mediq

Wolbrom, ul. Mariacka 2

32-340 Wolbrom

tel. 32 647 22 30

Newsletter

Newsletter

Aby otrzymywać najnowsze aktualności, wpisz poniżej swój adres e-mail:



Losowy film

DK wolbrom
Warta
LGD WFOS Kraków modernizacja szkół Basen Mapa Zagrożeń strefa Załęże
Wolbrom.pl na Facebooku