Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookies w przeglądarce.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Zamknij X
Strona główna » Miasto i Gmina Wolbrom » Dawnych wspomnień czar » Wspomnienia Jana Paulewicza
Wyszukiwarka

Losowe zdjęcie

Dlaczego mam zadyszkę skoro tylko zjeżdżam?

Ankieta

Czy gmina powinna zbudować zatoki przystankowe przy przychodni na Skalskiej, kosztem miejsc parkingowych?
TAK, przystanki są niezbędne dla osób starszych i mniej sprawnych
 
209
NIE, przystanki nie będą należycie wykorzystane
 
182
Ankieta została zamknięta.

Znajdź nas

Śledź nasz profil na portalach społecznościowych

YouTube

Pogoda

Dawnych wspomnień czar

Poleć znajomemu
Twoja wiadomość (kliknij tutaj):

Wspomnienia Jana Paulewicza

Moje wspomnienia o ukochanym Wolbromiu...

- Pamięci mojej Żony, Marii poświęcam -
                                                                             Jan Paulewicz

                                                                             Lubin, 2.03.2011 r.


W  niniejszym opracowaniu niektóre cytaty dotyczące historii Wolbromia zostały zaczerpnięte ze źródła: 

„WOLBROM” – Informator Miejski.
Wydawca – Biuro Promocji i Reklamy „FAMA”
ul. Żwirki i Wigury 32
32-340 Wolbrom.
Informator powstał we współpracy Wydawcy z Urzędem Miasta.
Rok wydania 1997.



Fragmenty mojego tekstu zaczerpnięte z „Informatora” zostały zaznaczone pochyłym, wytłuszczonym drukiem oraz cudzysłowami.
                                                                
                                                               Autor
                                                                                                                                                                                          
  

MOJE WSPOMNIENIA O WOLBROMIU Z LAT DZIECIŃSTWA I MŁODOŚCI

Wolbrom leży na Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej, nazywanej też Jurą, w ćwierć drogi od Krakowa do Częstochowy. Jest to kraina zalesionych dolinek, ze sterczącymi na zboczach wapiennymi skałami o przeróżnych kształtach. To kraina prawie 900 jaskiń i potoków. Prawdziwą perłą jest w tej części Polski - oddalony od Wolbromia o 20 kilometrów - Ojcowski Park Narodowy ze słynną Grotą Łokietka. Na zboczach pagórków pną się w górę baszty i mury zamków, warowni i strażnic jurajskich. Tworzą one dwa turystyczne szlaki, każdy długości około 160 kilometrów. Jeden to Szlak Orlich Gniazd biegnący w pobliżu Wolbromia, drugi składa się z dwóch odcinków: biegnącego przez Wolbrom Szlaku Warowni Jurajskich oraz, - poza Wolbromiem - Szlaku Partyzantów Ziemi Olkuskiej. Blisko miasta położone są ruiny zamków w Smoleniu, Ogrodzieńcu i Rabsztynie. Wolbrom leży w bliskim sąsiedztwie Jurajskiego Parku Krajobrazowego. Na terenie sąsiedniej gminy Klucze znajduje się Pustynia Błędowska, zaliczana do ciekawszych osobliwości geograficznych w Europie".

Przejdę do historii Miasta.
"Sięga ona roku 1327., kiedy Władysław Łokietek nadał braciom Wolframowi i Hilaremu przywilej karczunku lasów na gruntach wsi królewskiej Dłużec. Niebawem wyrosło na nich miasteczko, które na cześć jednego z założycieli nazwano "civitas Wolwrami".
Przez kilka stuleci panowały w Wolbromiu na przemian rodziny Jaworów i Szafrańców. Zwłaszcza ci ostatni znani byli w Rzeczypospolitej z odwagi na polach bitew, hojnych datków na rzecz Akademii Krakowskiej oraz światłych poglądów. Oprócz wybitnych dyplomatów, Z tej właśnie rodziny pochodzi pierwsza polska poetka - Zofia Z Szafrańców Oleśnicka. Właściciele miasta czerpali zyski głównie z ceł pobieranych od wędrownych kupców. Mieszczanie, oprócz handlu, parali się rzemiosłem, celując w zawodach kuśnierza, kowala i szewca. Odbywające się w każdy czwartek wolbromskie targi cieszyły się niemałą sławą, a ich tradycja przetrwała do dziś.
Życie kulturalne było skoncentrowane wokół kościoła, przy którym istniała szkoła parafialna, kilka bractw religijnych oraz szpitale dla ubogich.
Z Wolbromiem i jego okolicą, zwłaszcza z Ojcowem i Pieskową Skałą ­modnymi niegdyś uzdrowiskami - łączą się imiona Władysława Reymonta, Fryderyka Chopina, Adama Dygasińskiego, a także uczestników powstań ­Francesco Nulio, czy Mariana Langiewicza.
U zbiegu ulic Mariackiej i Tadeusza Kościuszki stoi modrzewiowy kościółek Mariacki, ufundowany w 1638 roku, jako kościół przyszpitalny. Interesująca i nietypowa jest jego fasada, zaś wewnątrz na uwagę zasługują ołtarze-sarkofagi oraz obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Szpital - przytułek dla ubogich, starców i kalek znajdował się po drugiej stronie ulicy. Przy ulicy 20 Straconych widnieje płyta pamiątkowa na miejscu rozstrzelania przez hitlerowców 20 osób schwytanych w 1943 roku w łapance ulicznej. Ich mogiła znajduje się na cmentarzu przy ulicy Miechowskiej".

Na tym samym cmentarzu spoczywają zwłoki moich Rodziców.
 

***


Rozpoczęcie narracji od ściągania z „Informatora Miejskiego” historii Miasta,  miało dla mnie, muszę to ze skruchą wyznać, czysto strategiczny cel. Chciałem bowiem zyskać na czasie dla wyjścia z nieładnie pachnącego dylematu: czy stolicą mojego "urodzeniowego" powiatu był Miechów czy też Olkusz? Od mojego urodzenia się do dziś, były bowiem dwie przeprowadzki Starosty: z Olkusza do Miechowa i o pjat’. Więcej przeprowadzek, bo aż cztery (plus dwie zmiany nazwy województwa) miał w tym czasie mój Wojewoda. Przypominam: z Krakowa do Kielc (w okresie okupacji), z Kielc o pjat’ do Krakowa, z Krakowa do Katowic i z Katowic o pjat’ do Krakowa. Nie przyczepiam się do żadnej, natomiast nie mogę się powstrzymać od żartów na temat zmiany nazwy katowickiego na stalinogrodzkie...
Sprawę niepamięci rozstrzygnęła metryka:

***

Teraz na temat Taty – szewca. Ja Mu nie dorosłem do kostek – zwykł mawiać Jurek, mój starszy brat. A ja mu na to: a ja Mu do pięt nie dorosłem. Sam nie wiem od czego zacząć. Może skupię się na chętnie czytanych ciekawostkach, np.: jakie  miał hobby, słabostki, wady? Nie segregując tych ciekawostek, piszę, na co mi pamięć pozwala. Polowania, gra w preferansa o grube pieniądze. Lubił sobie śpiewać, np.: „Na wójtowej roli”; „Rosyjo, Rosyjo, żal mi jest tjebja, taka mała Japonija pobiła tjebja”; „Czerwony pas”; „Maszerują Strzelcy, maszerują” (służył w policji Piłsudskiego), „Wołgo, Wołgo Ruska rzeko; tyś królową wszystkich rzek; ...tu wątek słowny mi się urywa, więc kombinuję sobie: twoja piękność mnie urzeko ...”. Potem, już na spacerze, wciąż słysząc melodię tej pięknej, strasznie wzruszającej pieśni, przypominam sobie słowny fragment końcowy: „Tych lotniiiików nam zabrałaś, których kooochał cały świat; Tych lotniiiiików nam zabrałaś, których kooochał cały świat”...
Dużo spacerował. Niestety, bardzo dużo palił. Gdy raz Mama nocą, w ciągu kolejnego karcianego kilkudobowego non stop maratonu laską wybiła szybę w ich lokaliku na parterze, to na drugi dzień Jej powiedział: dobrze zrobiłaś, Stacha. Bo jak się położyłem do łóżka, to choć na trochę przestałem palić. A komentarz Mamy do tego wydarzenia: gdy tam pod okno podeszłam, to straciłam pewność, czy to oni - tak było ciemno od dymu, że po wybiciu tej szyby buchnęło, jakby ciemna chmura z nieba opadła.
   
Gdy nie przyjęli mnie zaraz po maturze na Wydział Matematyczno-Fizyczny Krakowskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej, to zarządził: pójdziesz Jasiu na rok do pracy do Huty Metali Nieżelaznych w Bukownie koło Olkusza, ale najpierw się wypiszesz z ministrantów. A ja na ten rok pójdę do pracy w Szewskiej Spółdzielni Pracy, gdzie wcześniej załatwię sobie stanowisko pracy przy samym oknie (szyba była prawie do podłogi). No i cóż jeszcze mogę tu napisać?
   
No właśnie, zapomniałbym. Dość wcześnie zadał sobie pytanie: czy ja muszę te buty robić sam? Na początek uzbierał sobie spośród najbliższych sąsiadów w sąsiedniej wsi Łobzów, gdzie się urodził, 20 chałupników. Potem, już w Wolbromiu, miał ich 50. W wieku około 40 lat należał do ścisłej czołówki najbogatszych wolbromian.
Takiego to właśnie Tatę-szewca miałem. Zmarł na raka płuc w wieku 68 lat, 8. marca 1962 roku. W przyszłym roku będziemy obchodzić 50-lecie Jego śmierci. Moje dzieci nie zdążyły Go poznać.
   
Mamę miałem wspaniałą. Najlepszą na całym świecie. Dzieci moje to potwierdzają, bo żyła długo. Poznali się z Tatą na spacerze, na co środowym jarmarku w Skale k. Ojcowa. Tato nigdy nie stał na swoim straganie z butami, miał do tego wielu chętnych. Dzieci moje pamiętają, jak pięknie im śpiewała na dobranoc, jakie piękne bajki im opowiadała. Te same, co mnie kiedyś. Np. piosenka: „Pojechał  pieseczek w niedzielę do boru, powrócił niebawem w cale bez humoru, siekierkę mu wzięto, ogonek obcięto, pamiętaj pieseczku, że w niedzielę święto”. Nasza córeczka zmodyfikowała sobie końcowy fragment, na:  „ele, mele, sięto”.    


***

 
Jeszcze jeden krótki wątek: na francuskim winobraniu znalazłem się w nagrodę za czteroletnie pełnienie funkcji k.o.-wca w Radzie Uczelnianej Zrzeszenia Studentów Polskich na Politechnice Wrocławskiej. Wcześniej otrzymałem Srebrną Odznakę ZSP.
I ostatni, konspiracyjny.
„Dobry, jest Jasiek?” - do dziś słyszę to Jego obiecujące, już w progu naszego domu każdorazowo wypowiadane, powitanie. Obiecujące – bo było wiadomo, że jak zawsze będzie ciekawie, że jak nigdy nie będziemy się z sobą nudzić. Karolowi zazdrościłem elokwencji. Z powodu jej właśnie u mnie niedoboru w porównaniu z elokwencją  jaką był obdarzony Karol, zawsze było tak, że on „nadawał”, a ja słuchałem. 
- Dobry, jest Jasiek? Chodź Jasiek na strych, coś ci pokażę.
Stanęliśmy przy dużym drewnianym wieku sąsieku (na mąkę). Był rok 1951. Mieliśmy wtedy po 16 lat. Przez małe okienko wpadał promyk porannego słońca.
- Czyje to cacko? Kto ci je dał i po co?
- Ksiądz Zbyszek, tylko na dziś, żebyśmy sobie potrzymali.
   
Energicznym ruchem dłoni Karol wypchnął magazynek. Było 5 naboi. Lśniły w tym wąskim promyku słońca, a kolorem przypominały mi nasz mosiężny moździerz do tłuczenia pieprzu. Schodziliśmy po stromych schodach naszego strychu jacyś tacy dumni, bardzo szczęśliwi ...     

***

Kilka dni temu odwiedził mnie syn, Jacek.
- Tato, chcesz zobaczyć w swoim komputerze wolbromski rynek?
- Nie strój sobie ze swojego ojca niepoważnych żartów. Ale jeśli chcesz sobie
przypomnieć jak wygląda wolbromski rynek, to popatrz na to piękne zdjęcie na okładce Informatora Miejskiego. Chyba poznajesz. Byłeś tam ze mną, Mamą (moja, nieżyjąca od ponad czterech lat, Żona) i Gosią (siostra Jacka, moja córka) - 4 albo nawet 5 razy.
- Jasne, że poznaję, ale ja ci, tato, chcę pokazać widok aktualny, a ten, co ty mi pokazujesz, to jest z 1997 roku. Przecież potrafię sobie przeczytać, w którym roku został wydany ten Informator.
- Jeśli jesteś taki magik, to startuj sobie do tej swojej komputerowej obserwacji świata na żywo, ale beze mnie.
Usiadł przy komputerze.
- Chodź tato. Zobacz sobie najświeższe wydanie widoku wolbromskiego rynku.
- Jak ty, kurde, to zrobiłeś? ode mnie
- Nie rżnij głupka, tato. Przecież umiesz to lepiej ode mnie. Przecież całymi
dniami - a z tego co wiem, to i nocami - siedzisz przy tym swoim komputerze, zaniedbując tymczasem swoje zdrowie.
- Zamiast mnie, Jacek, pouczać bym dbał o zdrowie, lepiej mi przybliż tego Kilińskiego. Nie dałoby się go choć trochę powiększyć?
- Chodzi ci o ten pomnik z prawej strony? Widzę na nim jakąś tablicę, coś na niej pisze, jakby jakiś wierszyk, ale nie da się odczytać.
- Spróbuję sobie ten - jak to mówisz - wierszyk przypomnieć. Czytałem go wiele razy. Muszę jeszcze trochę pogrzebać w pamięci. Ale zanim przystąpię do generalnej próby, spróbuję rozwikłać tę tajemniczą dla mnie, jak na razie, informację zawartą w „Informatorze Miejskim” na temat „Irydiona". Coś czuję, że tam znajdziemy jakiś zaczarowany klucz do naszych pamięci.
- Mówisz trochę tajemniczo. Czyżbyś miał jakiś pomysł na tego „Irydiona"?
- Coś mi chodzi po głowie, ale może warto pogrzebać nie tylko w niej, lecz i w Internecie?
"Zygmunt Krasiński - z listu do ojca z 11 listopada 1833 roku: Czy pamięta papa treść myśli jednej mojej, którą opowiadałem papie w Petersburgu, i którą papa znalazł piękną? Zwał się „Irydion", dział się przed wiekami w Rzymie. Napisałem był jej połowę w Petersburgu, w Warszawie podarłem, nędzna była, ale przez cały rok ona mi pokoju nie dała (..) tu zobaczysz mojego Irydiona chodzącego po Forum, ja już go nie tworzę, obserwuję tylko. Człowiek ten chodzi ze mną po wszystkich ruinach, przez... „
-Chyba teraz, Jacek, pójdzie nam gładziej z odczytaniem tablicy?

Polsko, Polsko, grób Twój tylko
był kolebką Twojej zorzy.
Wśród wieczności jedną chwilką,
w której począł się Dzień Boży.

I pod tablicą: Obrońcy Ojczyzny - Cech Szewski.    11.06.1924.

Ale masz pamięć!
- Ale gdybyś mnie, Jacek, zapytał, jak się nazywał twój wychowawca z Technikum (mam nadzieję, że zdrowie mu dopisuje), nie potrafiłbym ci odpowiedzieć, choć przez całe pięć lat twojej tam nauki byłem z nim na „ty". Starość, Jacek, nie radość.
- Nie mów tato, że jesteś stary! A ten wierszyk Kilińskiego to ci się udał.
Tobie Jacek też się udało. Do głowy mi nigdy nie przyszło, że będę mógł kiedyś, bez wychodzenia z domu, popatrzyć sobie na rynek swego rodzinnego miasta. A to, że siedzę na okrągło przy komputerze, to jeszcze nie dowód, że potrafię bez twojej pomocy uruchomić sobie to nowoczesne oglądanie świata. Dobrze wiesz, że za tym kościołem jest ulica Mariacka, a przy niej, pod dwunastką, jest nasz były dom. Klinika Stomatologiczna, która tam dziś funkcjonuje podobno ma się dobrze. I dlatego właśnie (z powodu Mariackiej, a nie Kliniki) chciałbym sobie ten rynek czasem pooglądać.

"Do Mariackiej przylega teren parafialny. Kościół parafialny istniał już w XIV wieku, ale obecny budynek mieszkańcy Wolbromia zawdzięczają kanonikom regularnym, sprowadzonym tu w 1633 roku przez fundację księdza Marcina Wolbroma. Oprócz głównego ołtarza, z połowy XVII wieku pochodzi plebania, która pierwotnie była połączona z kościołem i pełniła funkcję klasztoru. Znacznie później dobudowane zostały nawy boczne, ale największą wartość artystyczną posiadają wyrzeźbione przez Piotra Turbasa cztery boczne ołtarze oraz ambona".

Dobrze, że mieszkaliśmy przy kościele. Opowiadałem o tym, w różnym czasie, całej naszej rodzinie. Chyba dzięki temu zamieszkaniu obok kościoła, od około dziesiątego roku życia, aż do matury, byłem ministrantem. Chyba też dzięki temu „ministrantowaniu" umiem teraz pisać na komputerze. Swoje pierwsze kroki w zbliżonej dziedzinie stawiałem bowiem jako ministrant.
Mieliśmy wtedy poniemiecką maszynę do pisania marki Adler. Niektóre niemieckie czcionki były mi niepotrzebne, doskonale sobie bez nich radziłem z cotygodniowym pisaniem planu służenia do Mszy Świętej dla całej naszej, ­jeśli dobrze pamiętam, około 20-osobowej grupy ministrantów.
Jest takie mądre przysłowie: (przysłowia zwykle są mądre): czym Skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość.... no właśnie - co na starość się z tą skorupką dzieje? Po prostu zapomniałem. Starość, Jacek, nie radość.
Mniejsza o skorupkę. Dla mnie ważniejszy jest fakt, że chyba dzięki tej „ministranturze" wyrosłem na uczciwego człowieka.
Ale zapomniałbym ci, Jacek, powiedzieć, że ta górna część dziwnego trochę dachu, widoczna ponad dachami sąsiadujących z kościołem kamienic, to kawałek dzwonnicy kościelnej.
Otóż, piątego marca 1953 r., miałem do dziś odczuwaną satysfakcję bić, wspólnie z, na szczęście sporo ode mnie wyższym, kolegą z naszej maturalnej, czyli jedenastej wówczas klasy - w pokaźnej wielkości dzwon. Moje szczęście, że wspomniany kolega był ode mnie wyższy polegało na tym, że ja, ciągnąc wtedy wspólnie z nim za sporej grubości sznur służący do wprowadzania w ruch wahadłowy kościelny dzwon, nie sięgałem tak wysoko jak on i albo musiałem co chwilę wypuszczać ten sznur z rąk, albo trzymając się go mocno, byłem unoszony o jakieś 20 centymetrów ponad podłogę dzwonnicy.
Jaka to wtedy była okazja do bicia w wolbromski Dzwon Zygmunta Polakom przypominać ani myślę.

 ***

Jana Kilińskiego zawsze darzyłem sympatią, choć od dziecka (a mówiąc   nieco ściślej - od około 13. roku życia), aż do 13. stycznia 2011 r. (powtarzalność 13-ki przypadkowa), kojarzył mi się on z jednym tylko słowem: szewc. Przyczyna tego uczucia była prosta jak drut: szewcem był także mój tato. A 13. stycznia br. kupiłem sobie w Empiku Ilustrowaną Encyklopedię Współczesną (Wydawnictwo: Zielona Sowa) i zaraz po przyjściu do domu dowiedziałem się z niej, że Jan Kiliński był nie tylko szewcem. Że, mianowicie, już od 1760 roku przebywał w Warszawie. Że był powstańcem. Że w latach 1792-93 był rajcą miejskim. Że w dniach 17. i 18. kwietnia 1794 r. stanął na czele ludu warszawskiego do powstania przeciw Rosji. A także, że był we władzach powstania kościuszkowskiego i jako pułkownik dowodził regimentem, a po jego (powstania) klęsce, został uwięziony przez Rosjan. I wreszcie, że był także radnym Księstwa Warszawskiego.
Po zdobyciu tej cennej wiedzy, poczułem się z faktu wieloletniego darzenia Jana Kilińskiego sympatią, podwójnie dumny.

***

Dziecięce, jak i młodzieńcze lata, spędziłem w swym rodzinnym miasteczku. Z wybuchu wojny pamiętam niewiele. Niemców nigdzie w tym czasie nie widziałem. Gdy syreny wyły na alarm, to do naszej sporej piwnicy przybiegali sąsiedzi, bo w ich ciasnych domach, nierzadko drewnianych chatkach, piwnic nie było. Nasz dom był murowany, piętrowy. Sąsiedzi ziemniaki w zimę trzymali w kopcach, węgla nie mieli bo był za drogi, swoje domki opalali koterami. Po co więc byłaby im piwnica?
Niektórzy mieli ziemianki. Można było do nich wejść, ale tylko na kucaka. Zimą trzymali w nich - podobnie jaki ci z kopcami - ziemniaki, latem kwaśne mleko. Musiało być schłodzone, bo ser by się nie udał.
A „kotera" to taka regionalna, może nawet tylko wolbromska, nazwa ususzonego na słońcu torfu, wykopanego na podmiejskich bagnach. Sam tego nie widziałem, ale Jurek opowiadał, że kopalniane poletka wolbromscy „górnicy" zupełnie niepotrzebnie oznakowywali specjalnymi, na ziemi leżącymi wstęgami, jakby miedzami, ale nie zielonymi, tylko koloru słomkowego, bo były wykonane ze słomy. Niepotrzebnie jednak to robili, bo Jurek wytłumaczył mi, że przecież i tak by im nikt tych koter nie ukradł, choć - jako że dobrze na słońcu wysuszone - były bardzo lekkie. Potem sprawa się wyjaśniła, że nie chodziło o zabezpieczenie przeciwkradzieżowe, lecz po prostu o to, by w oceanie tych mini kopalń, mogli „górnicy" odnajdywać swoje mini poletka. Bowiem każdy z nich mógł wykonać swą niezieloną miedzę według własnego pomysłu, dzięki czemu nie trafiał omyłkowo na poletko innego „górnika".
Po latach, gdy bagna już trochę obeschły, a ja już miałem wtedy z dziesięć lat, to sam już pamiętam, że chodziłem tam z kolegami na zielone jeszcze gruszki, które rosły nie na wierzbach, lecz na cicho siedzących, z rzadka porosłych gruszach, w miejscach dawnych niezielonych miedz...

***

Po kilku tygodniach wojny przyjechał po nas furmanką wujek Władek z Łobzowa, pobliskiej wioski, gdzie urodził się mój Tato. U wujostwa sporo było kur, parę gęsi, była krowa, no i ten koń co ciągnął naszą furmankę. Powrotnej drogi do Wolbromia nie pamiętam, zapamiętałem za to powrotną drogę jeńców niemieckich. Zbliżało się wtedy Boże Narodzenie. Szli chyba ósemkami, całą szerokością Mariackiej mierzonej z trotuarem. Mieli długie, wybrudzone, porozpruwane i naddarte płaszcze. Nie mieli pasów, jak ci – pilnujący ich – żołnierze radzieccy. Nie wszyscy byli w butach. Większość była bez czapek. Wszyscy mieli opuszczone głowy, ale dało się dostrzec ich smutne miny. Jeden miał obandażowaną głową, bandaż był nasiąknięty krwią, a spora jego część wlokła się za jeńcem po ziemi. Ci jeńcy, którzy szli za nim, bezwiednie ten bandaż nadeptywali.
Pamiętam, jak pod koniec wojny (ten koniec czułem, choć byłem dopiero dziesięciolatkiem)  wszedłem na nasz strych. Usłyszałem dochodzące od wschodu dudnienia. Tato powiedział nam, że to ruska artyleria, że Ruscy chyba są już koło Słomnik, a może nawet pod Miechowem. Pewnie za niecały tydzień tu będą.
- Tato, czemu tak nagle posmutniałeś?
- Nic, nic, Jasiu.
Wolbrom został „wyzwolony" 17. stycznia 1945 roku, w tym samym dniu, co Warszawa.

***

    Pamiętam jak Mama zaprowadziła mnie do pierwszej klasy. Zostawiła pod szkołą z jakimiś chłopakami i dziewczynami, i sobie poszła. A ja w bek. Pogoniłem za Mamą do domu. Za trzecim razem już nie beczałem.
Świadectwa zachowały mi się wszystkie: od klasy pierwszej do jedenastej. Gdy po śmierci Żony natknąłem się na nie w jakiejś szufladzie, już miałem je wyrzucić. Ale nie wyrzuciłem.
Niedawno, wnuczęta Martynka i Krzyś, przyniosły mi po kwiatku. Było to 8. grudnia. Zapamiętałem tę datę, bo tego dnia stuknęła mi 75-ka. Za półtora miesiąca odwiedziły mnie na Dzień Dziadka. Przyszło mi do głowy pokazać im świadectwa.
-  Dziadku, a co to znaczy Generalgouvemement?
- Tak dokładnie to wam nie wytłumaczę, bo trudno by było wam to zrozumieć. Powiem tylko, że jest to napisane po niemiecku, bo kiedy ja chodziłem do pierwszej i drugiej klasy, to Polską rządzili Niemcy.
- Dziadku, a ty byłeś wyznania rzymsko-katolickiego?
- Tak i oczywiście nadal jestem.
- A co to znaczy, dziadek ćwiczenia cielesne?
- To teraz znaczy wuef. A roboty kobiece? - To chyba było jakieś szydełkowanie, może przyszywanie guzików czy gotowanie. Tak dokładnie to nie wiem, bo na te roboty przecież nie chodziłem. Nie widzicie, że nie mam z tych robót stopnia?
-  Dziadek, to ty przez jedenaście klas nie miałeś ani jednej trójki?
- Tak? Nawet o tym nie wiedziałem. Po prostu nie zwracałem na to większej uwagi.
- A czemu, dziadek, wszystkie twoje promocje do klasy następnej są napisanie słownie, a do klasy ósmej cyframi rzymskimi? coś nie pasowało zaczynać słowa od „ó".  I wybrnął z tego sprytnie.
- Pokażcie! Rzeczywiście! Ja myślę, że może mojemu wychowawcy klasy coś nie pasowało zaczynać słowa od „ó".  I wybrnął z tego sprytnie.
- O! Tu masz indeks z Politechniki! Dlaczego co semestr twoje wpisy zaczynają się od przedmiotu Podstawy Marksizmu-Leninizmu?
-  Wtedy mnie to nie dziwiło, a teraz wolę o tym nie myśleć.
-  O! Tu wisi twoja „Pamiątka Pierwszej Komunii Świętej". Dziadek! Pisze na niej, że to było w 1945 roku.
- Wszystko się zgadza i nawet łatwo policzyć. Ale muszę wam wyznać, choć nie bez wstydu, że nic nie zapamiętałem z tamtych nauk, które dane mi było wtedy pobrać przed dostąpieniem łaski fizycznego przyjęcia białego, okrągłego opłatka, pod którego postacią ukryty był wtedy i jest nadal, najprawdziwszy Jezus Chrystus. Jakie to szczęście, że uchował się choć ten obrazek, wiszący na ścianie mojej, kiedyś wspólnej z Żoną, sypialni.
 Ale posłuchajcie mnie, drogie wnuczęta, na koniec naszego, bardzo dla mnie miłego, a mam nadzieję, że i dla was, spotkania. Otóż, to, że ja zapomniałem przez te długie lata mojego życia, pobrane wówczas nauki, nie ma teraz i nie miało wtedy, gdy byłem młodszy, najmniejszego znaczenia. Najważniejsze, bowiem dla mnie, po przystąpieniu do  tego Sakramentu, było i jest nadal to, że żyłem i żyję zgodnie z tymi naukami.
- Jaki ty jesteś mądry, dziadku.
- Wy też mądre jesteście, a będziecie jeszcze mądrzejsze.
- Cieszymy się drogi dziadku, że jesteś już zdrowszy i nawet potrafisz nas rozweselić ciekawymi opowiadaniami o swoim życiu. Szkoda tylko, że Babci nie ma. Wczoraj też by miała swoje święto.
Po wyjeździe wnucząt przestałem już myśleć o swoich świadectwach. Świadectwa Żony nie zachowały się. Zachowały się za to Jej i moje ordery i niektóre odznaczenia. Tych w czerwonych zgrabnych pudełeczkach zostało dziewięć. Szkoda, że nie da się je podzielić na dwie równe części - pomyślałem sobie pewnego dnia.
Pomysł wpadł mi do głowy zaraz po śmierci Żony: te moje to dla Martynki, a Żony - dla Krzysia. Albo na odwrót.

***

Przyszedł Jacek.
- Dziś opowiem ci, Jacek, o marszałku Józefie Piłsudskim, ale z pomocą tej, oglądanej już przez ciebie, pięknie wydanej broszurki Informatora Miejskiego.
- Dobrze, tato. Interesuję się historią, a postać Marszałka jest mi szczególnie bliska.
- No więc słuchaj uważnie.
Otóż, u zbiegu ulic Staszica i Strażackiej, stoi piękny piętrowy budynek, z równie piękną, piętrową, czyli dwukondygnacjową wieżą, którą między jej kondygnacjami okala balkon służący do profilaktycznej obserwacji przeciwpożarowej miasta. To oczywiście Remiza Strażacka. Tam, w 1953 roku, w dużej sali na piętrze, pisałem swe prace maturalne z polskiego i matematyki. W moim ogólniaku przy Mariackiej nie było takiej dużej sali.
- Tato, ale miało być o Piłsudskim - wchodzi mi w słowo syn.
- Właśnie zaczynam.
Otóż, „Pod koniec XVI wieku, rozpoczął się upadek miasta. Przyczyniło się do tego przesunięcie szlaku handlowego - głównego źródła dochodów dla wielu wolbromian. Reszty dokonał najazd szwedzki, wyczerpujące wojny na terenie Rzeczypospolitej, a także liczne pożary i zarazy. Najtragiczniejsza była epidemia cholery w 1892 roku.
Podczas zaborów miasto włączono do imperium austriackiego, następnie wchodziło w skład Księstwa Warszawskiego i Królestwa Polskiego. Autonomia skończyła się wraz z upadkiem powstania listopadowego, kiedy to z części dóbr wolbromskich utworzono majorat darowany przez cara Rosji majorowi Niełojow".
- A co na to Piłsudski?
- Piłsudskiego, Jacek, jeszcze na świecie nie było, ale to, co się wówczas z Wolbromiem i całą Polską działo walnie przyczyniło się do tego, że po latach się narodził.

,,Po powstaniu styczniowym Wolbrom na pół wieku stracił prawa miejskie. Rozpoczął się okres prześladowań i planowej rusyfikacji. W 1905 roku doszło do brutalnie stłumionego strajku uczniów wolbromskiej szkoły, którzy odmówili odpowiedzi na pytania zadawane po rosyjsku i korzystania z podręczników wydawanych w tym języku.
Wyzwolenie przyniósł właśnie marszałek Józef Piłsudski, który przebywał w mieście, a jego legioniści stoczyli bitwę pod niedalekimi Krzywopłotami. Dla upamiętnienia tych wydarzeń, we frontową ścianę Remizy Strażackiej wmurowano brązową tablicę z podobizną Marszałka".
Pisząc, że tablica jest brązowa nie zająłem jasnego stanowiska, o jaki to brąz tu konkretnie chodzi: czy brązowy kolor, czy stop miedzi z cyną. Według mnie, oba te przypuszczenia są prawdziwe.
Kto chciałby sprawdzić to na miejscu, podaję adres: Wolbrom, róg ulic Staszica i Strażackiej, powiat olkuski, województwo małopolskie.


***

 
Powiedział mi przed laty syn:
- Tobie, tato, to chyba najlepiej udaje się pisanie.
Nic mu wtedy nie odpowiedziałem, ale pomyślałem sobie nie bez smutku:
- Chyba ma rację. Niestety.
Kilka dni temu przypomniałem sobie tamtą rozmowę (był to raczej monolog syna, bo przecież nic mu wtedy nie odpowiedziałem).
Spotkałem się z Jackiem przedwczoraj:
- Jacek! Miałeś wtedy rację, ale z jednym zastrzeżeniem: lepiej, niż to moje pisanie, udał mi się wybór Żony.
- Jak zawsze masz rację, tato.


...  Moja Żona, Maria Paulewicz zmarła 1 października 2006 r. w wieku 64 lat, po operacji wymiany zastawki aortalnej serca przeprowadzonej w Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu. Operacja odbyła się 15 sierpnia , czyli w dniu Niebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Przez te 46 dni Żona była sztucznie utrzymywana przy życiu za pomocą respiratora, gdyż jej płuca po operacji odmówiły posłuszeństwa. Ale przecież płuca człowieka i innych organizmów żywych posiadających ten organ powinny oddychać dobrowolnie, bez przymusu...

Jan Paulewicz

                                       

Oceń nasze strony

Aktualna ocena: 3,8 (Ocen: 16)

Wydarzenia

Kategoria

Dodaj wydarzenie

Dyżurna apteka

Mediq

Wolbrom, ul. Mariacka 2

32-340 Wolbrom

tel. 32 647 22 30

Newsletter

Newsletter

Aby otrzymywać najnowsze aktualności, wpisz poniżej swój adres e-mail:



Losowy film

DK wolbrom
Warta
LGD WFOS Kraków modernizacja szkół Basen Mapa Zagrożeń strefa Załęże
Wolbrom.pl na Facebooku